„Miłość w dzisiejszych czasach to takie kłamstwo…”

„Miłość w dzisiejszych czasach to takie kłamstwo…”

Wszystko zaczęło się od tego zdania, które ktoś napisał mi na jednym z moich profili w mediach społecznościowych.

Dziś jest 24 lutego. Dzień urodzin mojej mamy, a zarazem dzień po ogłoszeniu, że znowu jestem singlem. Nie będę ukrywał, że w tej chwili nie napawa mnie to dumą ani szczególnym optymizmem. Spytacie, dlaczego? To dość oczywiste. Zawsze byłem osobą, która bardzo wierzyła w miłość i przeznaczenie. W to, że każdemu jest ona dana i gdzieś na niego czeka.

Rozstania zawsze są trudne. Dla każdej ze stron. Zawsze mówiłem, że tutaj nie ma wygranych. Każdy coś traci.

Dwa lata wcześniej przeżyłem dość głośne rozstanie, które w konsekwencji zakończyło się rozwodem. Rok później wszedłem w nową relację, która niestety nie przetrwała roku. Czy to oznacza, że miłość nie jest dla mnie? Czy to ona kłamie? A może to ja oszukuję sam siebie albo innych, mówiąc, że jestem zakochany?

Chciałbym umieć odpowiedzieć na te pytania. Nie tylko z powodu tęsknoty za bliskością, której jako dziecko często nie czułem. Ale także dlatego, że zawsze marzyłem, by być dobrym człowiekiem. Nigdy nie chciałem nikogo krzywdzić. Zawsze pragnąłem spokoju i szczęścia.

Miłość powinna zaczynać się w nas samych, w środku. A ja przez lata wierzyłem, że zaczyna się między dwojgiem ludzi. Ktoś może powiedzieć, że nie potrafię być sam. Ja czasem czuję, że urodziłem się w nieodpowiedniej epoce. Mam wrażenie, że moje miejsce było w innych czasach.

Kiedyś szarmancki mężczyzna, który zabiegał o względy swojej wybranki, był uznawany za romantycznego. Dziś coraz częściej próbuje się przypisać mu mało męskie cechy. Wizerunek macho z lat 80., nasiąknięty potem, testosteronem i wielkimi mięśniami, do dziś w jakiejś formie funkcjonuje w naszej zbiorowej wyobraźni.

Dostałem zresztą wiadomość: „Nie pokazuj, że ciebie to boli. One to lubią wykorzystywać”.

Zatrzymałem się przy tych słowach. Bo ja myślę inaczej. Emocji nie powinno się skrywać. Tu nie chodzi mi o brak kontroli nad sobą. Nie chodzi o nieustanne epatowanie uczuciami czy usprawiedliwianie nimi każdej reakcji. Chodzi o to, by nie udawać, że ich nie ma.

Mężczyźni często boją się okazywać emocje. Wcale mnie to nie dziwi. Wciąż żyjemy w świecie pełnym nierówności. Kobiety mają naprawdę ciężko, ale my również mierzymy się z własnymi schematami i oczekiwaniami. Wielokrotnie przekonałem się, że w konflikcie to mężczyzna bywa automatycznie uznawany za winnego. Bo jest silniejszy. Bo „pewnie zrobił coś złego”. Bo stereotyp przemocy łatwo przykleja się do siły fizycznej.

Może właśnie dlatego tak bardzo polubiłem czytanie. Literatura pokazuje mi świat, który kiedyś istniał, albo przynajmniej taki, w jaki chcemy wierzyć. Świat, w którym mężczyzna był kimś więcej niż tylko zbiorem mięśni. Rycerze nie walczyli wyłącznie dla chwały, lecz dla miłości i honoru. Sprawiedliwość, szacunek i odpowiedzialność były cenione ponad wszystko.

Dziś wielu ludzi zapomniało, czym jest honor… a może po prostu dla każdego z nas znaczy on coś zupełnie innego.

Jeszcze bardziej wierzę w legendy, które od zawsze napełniały moje serce wiarą w miłość. Może widzę w nich sens życia, bo tego sensu nie doświadczyłem w dzieciństwie. A przecież jako dorosły człowiek wiem, że sensem życia powinno być własne jestestwo. Bo dopiero gdy jesteśmy szczęśliwi sami ze sobą, jesteśmy gotowi obdarowywać tym innych.

Legendy kuszą. Piękną wizją, która pozwala żyć z nadzieją, że gdzieś za rogiem, gdzieś blisko, czeka ta prawdziwa miłość, która odmieni nasze życie. Czy to nie piękna wizja? Czy nie jest prawdą, że wszyscy o tym marzymy, nawet jeśli próbujemy temu zaprzeczyć?

Przez całe życie szukamy miłości. Może dlatego, że gdzieś głęboko nosimy w sobie poczucie oddzielenia. Samotności, która nie zawsze jest widoczna, ale stale nam towarzyszy. Pragniemy bliskości, bo wierzymy, że w drugim człowieku odnajdziemy brakującą część siebie.

Tutaj pojawia się moja ulubiona legenda. Według niej pierwotnie istniała istota zwana Androgyne. Połączenie kobiety i mężczyzny w jedną całość. Bogowie, obawiając się jej siły, rozdzielili ją na dwie części. Od tamtej pory każda z nich wędruje przez życie w poszukiwaniu swojej drugiej połowy. To tylko mit, ale trafnie oddaje nasze wewnętrzne tęsknoty. Chcemy jedności. Chcemy poczuć, że jesteśmy „dopełnieni”.

Problem w tym, że często budujemy na tym utopię. Wierzymy, że relacja wypełni nasze braki, zagoi stare rany, nada życiu sens. A przecież drugi człowiek nie został nam dany po to, by naprawiać nasze deficyty ani łatać pęknięcia w nas samych.

Miłość nie jest mechanizmem zaspokajania potrzeb. Jeśli opieramy ją wyłącznie na oczekiwaniu, że ktoś coś nam da, łatwo zamienia się w egoizm. Wtedy skupiamy się głównie na sobie. Na tym, czy czujemy się wystarczająco kochani, docenieni, zabezpieczeni. Tymczasem istotą miłości nie jest branie, lecz gotowość do dawania.

Oczywiście zdrowa relacja zakłada wymianę. Ale ta wymiana nie wynika z kalkulacji. To nie matematyczne równanie, w którym obie strony muszą otrzymać dokładnie tyle, ile włożyły. Prawdziwe uczucie przynosi satysfakcję z samego faktu obdarowywania drugiego człowieka sobą. Uwagą, czasem, czułością, wsparciem.

Pozostaje jednak pytanie. Czy w świecie, który uczy nas konsumpcji, szybkiej gratyfikacji i ciągłego „więcej”, potrafimy jeszcze kochać bezinteresownie? Sam wciąż szukam odpowiedzi. Chcę wierzyć, że tak.

W mojej głowie tkwi wiele pytań, na które wciąż nie znam odpowiedzi. Czuję jednak, że muszę je poznać, by iść dalej. Wiem, że nie chodzi teraz o innych ludzi, choć łatwiej byłoby powiedzieć „to ich wina, nie moja”.

Wina. Jak bardzo lubimy jej szukać, ale wyłącznie u innych. Wtedy czujemy się lżejsi. Możemy swój smutek przerzucić na drugą osobę. To wygodne. Postawić się w roli ofiary, a nie kata. Tyle że prawda jest taka, że rzadko istnieje jedna ofiara i jeden winny. Wina to linia między ludźmi. Punkt wskazujący jednego sprawcę niemal nigdy nie leży wyłącznie po jednej stronie. Zwykle znajduje się gdzieś pomiędzy. Choć czasem może być bliżej jednej niż drugiej osoby.

George Kelly, amerykański psycholog i psychoterapeuta, w 1955 roku stworzył teorię konstruktów osobistych, jedną z ważniejszych w psychologii poznawczej. Uznał, że człowiek nie odkrywa świata, lecz interpretuje go przez własne konstrukty. Przez filtry, schematy, modele.

Co to oznacza? Każdy z nas ma własny system interpretacji rzeczywistości. Dlatego dwie osoby widzą tę samą sytuację, a widzą coś zupełnie innego. Nasze oceny opierają się nie na obiektywnych cechach, lecz na subiektywnych porównaniach.

Nasze życiowe doświadczenia sprawiają, że nosimy na nosie pewne okulary, przez które widzimy barwy świata. Nie są one rzeczywistością samą w sobie, lecz interpretacją naszych przeżyć. To jak z powiedzeniem, że szklanka jest do połowy pusta albo do połowy pełna. Ta sama sytuacja, dwa różne obrazy.

Czy to złe? Nie. To normalne. To nasz system obronny, który pozwala nam przetrwać trudne chwile. Nikt nie jest idealny. Każdy ma swoje wady. Ale w momentach smutku i kryzysu nie chcemy jeszcze bardziej obniżać swojego samopoczucia, dlatego wypieramy własne niedoskonałości, często przypisując je innym.

Dlatego chcę dziś być fair. Chcę zadać sobie pytanie, które warto, by każdy z nas sobie zadał. Czy jestem dobrym człowiekiem?

Nie znam odpowiedzi. Chcę wierzyć, że tak. I muszę podkreślić, że nie chodzi o to, co myślą o nas inni, bo to nie z nimi będziemy żyć. Chodzi o odkrycie prawdy o sobie, która pozwoli nam stać się lepszymi.

Dlaczego nie ma znaczenia, co ludzie powiedzą? Usłyszałem kiedyś zdanie, które mocno we mnie zostało. Dobry człowiek zrobi jedną lub dwie złe rzeczy, a wszyscy zapomną o wszystkim, co robił dobrego. Z kolei zły człowiek, który przez lata robił źle, jeśli zrobi jedną dobrą rzecz, usłyszy „widzisz, on jednak nie jest taki zły”.

Ludzie rzadko kierują się obiektywizmem. Szczególnie w mediach społecznościowych.

Ulric Neisser, amerykański psycholog, uznawany za ojca kognitywistyki, badał to, jak postrzegamy świat. Opisał między innymi zjawisko ślepoty uwagi i ślepoty na zmiany. Jeśli skupiasz się na jednym zadaniu, przegapiasz inne bodźce. Ludzie nie zauważają nawet dużych zmian, jeśli nie są one kluczowe dla ich celu.

To idealnie pasuje do mediów społecznościowych. Ludzie widzą ułamek tego, co im pokazujesz. Zapamiętują tylko to, co dotyka ich doświadczeń. Rozstania, zdrady, dzieci, relacje z rodzicami. Dziś ludzie są przebodźcowani, nie mają czasu ani uwagi, by wnikać głębiej.

Oceniają płytko, przez pryzmat własnych wzorców. Ludzie rzadko są zainteresowani prawdą. Nikt o nią nie pyta. Zamiast tego interpretujemy rzeczywistość, opierając się na tym, że „ktoś tak powiedział”, „ktoś tak napisał”, „tak mi się wydaje”.

Nie sprawdzamy, nie weryfikujemy… Wystarcza nam własne przekonanie, często zbudowane na cudzej opinii. Ludzi bardziej interesuje kolejny bodziec, który pozwoli dać ujście emocjom. W gruncie rzeczy mnie to nie dziwi. Każdy z nas niesie swoje problemy. Jedne większe, inne mniejsze. Dlatego każda okazja, by poczuć choć chwilową ulgę, wydaje się cenna.

Jakiś czas temu czytałem badania odpowiadające na pytanie, dlaczego ludzie hejtują innych. Odpowiedź jest brutalnie prosta. To na chwilę pobudza dopaminę. Daje krótkie, lecz bardzo pożądane ukojenie.

To smutne, że często odbywa się to kosztem czyjejś krzywdy, ale tak działa schemat. To mechanizm ludzi, którzy próbują przetrwać na swój sposób. Dlatego nie jestem na nich zły. Rozumiem to.

Właśnie dlatego zamiast skupiać się na tym, co widzą inni, powinniśmy skupić się na sobie. Dla siebie.

To jest droga, którą muszę teraz przejść. Odkryć to, co jest we mnie. Bo dopiero wtedy będę gotowy, na nowe życie. Dopiero wtedy będę wiedział, kim naprawdę jestem.

Przydatny artykuł? Będzie mi miło jeśli podasz go dalej. Dzięki!